aktualności

Falban, raszpla, fajka

Chociaż kowala kojarzymy z pracą w metalu, musiał umieć zajmować się też o wiele bardziej delikatną materią i wykazywać znajomością zwierzęcych charakterów.

Wiejski kowal nie miał łatwego życia – narzędzia, okucia, zawiasy, naprawy maszyn – wszystko, co wiązało się z metalem i jego obróbką, było na jego głowie. W dodatku przed kuźniami ustawiały się kolejki gospodarzy, którzy chcieli podkuć swoje zwierzęta. Tak, zwierzęta, nie tylko konie, gdyż jeszcze do XX w. trafiały się wykorzystywane w zaprzęgach woły czy nawet krowy, których racice trzeba było zabezpieczyć przed zniszczeniem na twardym podłożu. Dziś podkowy dla krów czy wołów są rzadkością nawet w muzealnych zbiorach, bo już w XIX w. w zaprzęgach i przy pługach Siwki, Gniade i Kare wyparły Krasule, Mućki i Łaciate.

Gospodarskie konie zapewniały wiejskim kowalom mnóstwo roboty przez cały czas. Takie kopyto przyrasta podobnie szybko jak ludzkie paznokcie i co jakiś czas trzeba nadać mu właściwą formę. Oznaczało to konieczność częstych odwiedzin u kowala. Ten zaś musiał mieć w pogotowiu narzędzia do werkowania, czyli rozczyszczania kopyt. Były to przede wszystkim cęgi, działające podobnie do cążków do paznokci używanych przez ludzi i noże do kopyt – zakrzywione, z charakterystycznie zagiętym końcem uniemożliwiającym przypadkowe zranienie zwierzęcia. Do wygładzenia krawędzi kopyta służyły raszple, czyli grube tarniki. W czasie całej operacji kowal mógł trzymać końską nogę między swoimi nogami, ale jeśli chciał odciążyć kręgosłup, mógł użyć falbana, czyli specjalnego trójnogu – podstawki pod kopyto. Jeśli kowal miał szczęście, mógł sobie taki zrobić z samorodnego kawałka drewna lub korzenia. Taki właśnie falban można zobaczyć w naszej kuźni ze Staniszewskiego.

Do tak przygotowanego kopyta można było przybić podkowę. Pierwotnie były one wyrabiane przez kowali. W XX w. popularne stały się gotowe prefabrykaty, którym kowal musiał jednak nadać odpowiedni kształt i rozmiar w zależności od wielkości kopyt zwierzęcia i specyfiki jego pracy, a także zrobić otwory na gwoździe i nagwintować miejsca do przykręcania haceli (co to było – o tym za chwilę).  Do kopyta podkowa była przybijana hufnalami – kutymi gwoźdźmi o kwadratowym przekroju. Zimą należało jeszcze wkręcić w podkowę hacele – kawałki metalu w kształcie litery H – jeden na środku i dwa po bokach – które zapobiegały ślizganiu się konia na lodzie czy ubitym śniegu.

Wszystkie te operacje wymagały od koni anielskiej cierpliwości, a od kowala dużych umiejętności jeśli chodzi o obchodzenie się ze zwierzętami, odczytywanie ich zachowań czy uspokajanie zdenerwowanych. Czasami wystarczyło do tego opanowanie i łagodny ton głosu, a czasami trzeba było uciec się do fajki – narzędzia zakładanego na górną wargę konia. Fajka uciskała wrażliwe okolice pyska, umożliwiając kowalowi lub jego pomocnikowi opanowanie wzburzonego i stawiającego opór konia.

Odpowiednie dobranie i przygotowanie podków, uformowanie końskiego kopyta, obchodzenie się z wystraszonymi końmi – wszystko to wymagało od kowala rozległej wiedzy na temat końskiej anatomii i zachowania. Kowal musiał wiedzieć, jak koń się rozwija, jak się porusza, jakie mu grożą wady postawy i chodu. Jak wspominał Franciszek Margański, kowal z Kolbuszowej Dolnej, gdy jego ojciec, również zajmujący się tym fachem, uczył kowali, posługiwał się wypreparowanym szkieletem końskim z ruchomymi stawami.

Dziś wiejska kuźnia, przed którą ustawiają się kolejki gospodarzy, to obrazek z przeszłości. – Ale konia to kułem tu komuś ok. 15 lat temu ostatnio – mówił w wywiadzie terenowym w 2009 r. Franciszek Walicki, kowal z Borków. Obecnie kowal to ktoś, kto pracuje w metalu, a końskimi  kopytami zajmują się podkuwacze.

Zabytkową kuźnię z końmi w tle można zobaczyć w Muzeum Kultury Ludowej w Kolbuszowej podczas imprezy „Koń, jaki jest…” – a to już 7 sierpnia!

Janusz Radwański

AF 5675.jpg
AF 33576.jpg
DSC03294.jpg
DSC03300.jpg