PL EN
Ustawienia prywatności
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Aby uzyskać więcej informacji i spersonalizować swoje preferencje, kliknij „Ustawienia”. W każdej chwili możesz zmienić swoje preferencje, a także cofnąć zgodę na używanie plików cookie na poniższej stronie.
*Z wyjątkiem niezbędnych

Wybieranie lodu

[Lód zwożono do mleczarni w Sieniawie]: „W zimie rolnicy przyjeżdżali na Sanowisko i cięty był lód w takie kostki, ładowali na wozy i wozili tam, przysypywali trocinami z tartaku i to na lato mieli do schładzania. I wozili to, taki proces trwał nieraz tydzień, półtora. Najpierw to cięli piłami takimi ręcznymi. A później taki facet się tym zajmował, miał takie sanki zrobione metalowe, na tych sankach był silnik spalinowy i tarcza taka o średnicy gdzieś sto dwadzieścia centymetrów. I jeździł i ciął ten lód, takie to wyjmowali z tego. Ale para koni, wóz, wjeżdżało to na lód, lód był taki gruby, ani razu się nie załamało”.
[Lód wybierali miejscowi rolnicy w ramach zarobku i zawozili do Sieniawy. Informator nigdy nie woził lodu. Lód wybierano do końca lat 60., potem nie było w Sieniawie mleczarni.]

„W 1915 roku była bardzo ostra bitwa tu w okolicach Sieniawy. I te wojska austriackie uciekały tu nad brzegiem wzdłuż tego Sanowiska. A dziadek miał zagrodzony płot do samego Sanowiska, żeby krowy tam nie chodziły, i oni mieli kłopoty, żeby przeskoczyć przez ten płot. To jak babcia opowiadała, że karabiny ściągali z pleców i urywali skórzany, bo szkoda mu było tego skórzanego pasa rzucić, ale karabiny wrzucali do wody i przełazili przez płot. Babcia mi mówiła, w którym to miejscu mniej więcej jest. Mówi, że potem ludzie wyjmowali te karabiny i korzystali z nich, po prostu polowali na zwierzynę, no kłusownictwo normalne”. [Sąsiad informatora w tym miejscu robił sobie miejsce na podrywkę]: „I zrobił sobie gracę z drucianych takich haków i tam zaczął coś wyciągać. Przestał to robić, bo coś tam zaczęło zgrzytać, a wiedział, że tam było coś wrzucane i bał się, żeby nie trafić na jakiś pocisk”. [Informator pomyślał, że może uda mu się coś wyciągnąć, ale sąsiad go przyłapał i zabronił.]

(Pigany, Adam Buniowski, wywiad prowadziła Magdalena Fołta)

Zimowe zabawy

AD: „A takie rozrywki? Czy tej zimy to jakieś specjalne rozrywki z tą rzeką? Jeździło się na łyżwach?”
: „No to po tych lodach to się jeździło na łyżwach. Jak zamarzła rzeka, to i bez rzeke jechali, ale tak to te błota pozamorzały. Wody piętrzyły tam gdzieś ze spodu, to te lody były takie, gdzie był równy, to był równy, a jak nie był...”
: „Garbowane te lody. Nie był gładki, tak jak się normalnie woda rozleje i zamarznie, tylko takie progi były.”
: „To się jeździło. Chłopcy nie miały kupnych łyżw, bo nikogo na to nie stać było, tylko kawałek drewna i druty. Taka łyżwa była, patykiem zakrącane. I jechali, a to trzaskało.
A to torby były z desek, takie skrzyneczki robione. Jak se siod na takiej torbie z góreczki, to tylko trzeszczało i do rzeki.”
: „My już jak do szkoły chodzili, to tam przy ty rzyce było z górki i do rzeki. Tylko z górki jechał, sru, który jak nie dojechoł, to do rzeki. Jak nie przeskoczył, to wpodł do rzeki. Ile tam były? Tak ślizgawki dwie były zrobione, wyślizgane, że wszystko tylko na butach jechało albo na dupie.”
: „Okna były zamarznięte, ale chłopaki przychodziły zgrzone. Jak się tak naciekoł. Wieczorem to zawsze był taki huk, no bo wszyscy wyłazili, żeby sobie pojeździć, polotać. Zawsze się szło mamusi sieczki narznąć, a potem wio, na zabawę. A to jak była pora, jak była łodwilż, to robiły te bałwany i śnieżkami się biły. Ale jak były mrozy, to nie udało się.”

(Gwizdów, Maria i Andrzej Świąder, wywiad prowadził Adam Dragan)

Przysłowia meteorologiczne i ich objaśnienie

„Co u mnie się mówiło? Z takich przysłów: Gdy choinka stoi w wodzie, jajko toczy się po lodzie. Jak w Wigilię, w Święta jest mokro, nie ma śniegu, no to Święta Wielkanocne będą zimne. To na tej zasadzie. Albo: Kto w Adwencie ziemię pruje, temu siedem lat choruje. Czyli w Adwencie nie można robić robót związanych [z ziemią]: przekopać ogródka, orać zwłaszcza, bo będzie się chorowało. I to też zawsze mi tłumaczyli, że nie powinno się orać ziemi przysypanej śniegiem, nie powinno się przykrywać śniegu ziemią, bo ziemia będzie chorować i gnić. Nie będzie później rodzić. Teraz raczej się na to nie zważa, ale dawniej tak pewnie było. O meteorologii też mogę coś powiedzieć, bo tu dużo takich rzeczy jest. Ale takie jeszcze z deszczem, to nie wolno kosić w Oktawach Bożego Ciała, sianokosów robić, bo zawsze deszcz pada. Siano się nie wysuszy, nie wyschnie. Zawsze to było, bo jako tako tam zwierząt gospodarskich nie mamy, ale dawniej u mojej cioci, u wujka po sąsiedzku jakieś gady są. Króliki, pamiętam, hodowałem króliki, ja i mój kuzyn, no to siano żeśmy jakieś tam na zimę musieli sobie sporządzić, przygotować, to pamiętam, że nie w Oktawach. Bo jak ktoś pojechał, żeby kosić w Oktawach, to mu siano nie wyschnie, się mówiło.
W maju też się sadzi kapustę i najlepiej właśnie w deszczu, trafi się w pogodę właśnie deszczową, to jak się posadzi w deszczu, albo zaraz po deszczu, to na pewno będzie rosła. Koszenie trawy było po rosie, zawsze rano.”

(Kolbuszowa Górna, Artur Szlachetka, wywiad prowadził Adam Dragan)
Fot. Adam Dragan

Strachy na baduni

MS: „W Rzemieniu płyną rzeki. Jedna to jest Młynówka, a druga dopływa z lasu. I babcia zawsze wychodziła po dziadka, jak pracował w młynie, bo się bał. Bo tam często pojawiał się jakiś pies taki. A brat raz jechał z pola koniem i tam, koło mostu przy tej rzece, to koń stanął, i nie pójdzie. I zsiadł z wozu, zrobił krzyż przed koniem batem, a koń jak stanął dęba, jak poszedł, to nie mógł go opanować! Dobrze, że te lejce gdzieś tam chwycił i wskoczył na wóz, i go powstrzymał. I to właśnie, że jak się wyjeżdżało w pole gdzieś, to się robiło krzyż przed koniem przed wyjazdem.”
MK: „À propos baduni w Tuszymie. U nas była taka opowieść, to przez babcię, potem mamę moją podawana, że właśnie na tej baduni pojawiała się osoba, biała postać, w białym takim jakby odzieniu, jakby mgłę miała. No i często, szczególnie w noce takie księżycowe pojawiała się. No troszkę taki był strach, że dziewczyny czy tam chłopcy, w ogóle ludzie się bali troszkę tego, tej zjawy, bo to tak można było powiedzieć. Dodam, że babcia właśnie mówiła, że przestała się pojawiać ta postać mniej więcej od tego czasu, jak ludzie byli bierzmowani. Taką opowieść zasłyszałam, zapamiętałam. I to nie tak, że to raz tam słyszałam, z jednych ust, tylko wiele razy ci, którzy mieszkali właśnie tutaj, po tej drugiej stronie baduni, opowiadali.”

(Przecław, zbiorowy wywiad prowadził Wojciech Dragan)
Fot. Adam Dragan

Drogocenne studnie

JDG: W każdym domu była studnia?
EM: Nie.
JDG: A z czego to wynikało?
EM: Nie wiem. To zależy pewnie od źródła. Zależało. Ktoś tam nie miał źródła, więc brało się wodę od sąsiada, chodziło się bardzo daleko nieraz po wodę. W Górnej Nienadówce opowiadał mi jeden starszy pan, że w polu było jakieś dosyć dobre źródło i nawet w roku, jak tutaj już Sowieci przyszli, to pilnowano tej studni i Sowieci, którzy stacjonowali czy na Mazurach, czy w Trzebusce, przyjeżdżali z pojemnikami i brali wodę z tej studni, tak była dobra ta woda. Może bali się, że ktoś zatruje, więc dlatego była pilnowana, ale z daleka przyjeżdżano i brano tę wodę.
JDG: To była taka jedyna gromadzka studnia, czy było takich studni więcej?
EM: Takich studni, gdzie kilkoro sąsiadów korzystało z danej studni, było więcej. Nawet, tak pani powiem, tutaj w tym budynku funkcjonowała mleczarnia. Budynek zbudowany w 1926, więc zaraz chyba, bo to był budynek Spółdzielni Mleczarskiej. Sto lat temu w tym roku będzie, więc muszę zrobić jakąś gazetkę. Ten budynek nie miał dostępu swojego do studni, więc do produkcji tego masła, czy tam do przetworów mlecznych używana była woda ze studni od sąsiadów. Noszono tutaj wodę, żeby zrobić te przetwory. [...]
JDG: A kto znajdował te źródła, gdzie może być kopana studnia? Byli tacy tutaj ludzie?
EM: Różdżkarze. Ja osobiście widziałam, jak moja teściowa znalazła źródło u sąsiada i kopano studnię i ta woda faktycznie tam była. Gałązka taka, rozszerzona gałązka, chodziła z ręką i ta gałązka się tak przychylała ku ziemi. To widziałam. I tam była woda. Była i jest do tego czasu woda…A jeszcze może takie jedno, bo jest taki nie wiem, czy to był zabobon: jeżeli ktoś szedł po wodę do sąsiada, czy tam gdzieś i przez drogę przechodził z tymi pustymi wiadrami, i ktoś szedł z naprzeciwka, nie wolno było komuś przed tym kimś, co szedł z pustymi wiadrami, przejść. Wróżyło to nieszczęście. Z pełnymi owszem, można było przejść.

(Nienadówka, Elżbieta Motyl, wywiad prowadziła Jolanta Danak-Gajda)

 Fot. Urszula Rzeszut-Baran

Złe oko

„To do nas jak on przychodził nieraz, bo tato chował króle, i on nieraz przyniósł samicę do samca. I tata go nie puścił do stajni, bo raz, jak go puścił i miała królica małe króliki, i jak się przypatrzył tak, poszedł, i wszystkie wyzdychały, moment leżały pokotem. (…) A sąsiadka kupiła krowę i pasła ją. I on szedł koło takiej rzeczki, tam taka niedużo rzeczka była, pasła krowę. I on mówi tak: Oj, Łobadzina, widzę, żeście kupili krowę, ale chyba dobra ta krowa będzie, bo tak ładnie wygląda. - A no to zobaczcie ją, wiem, ja się tak nie znam, ale niby chłop godoł, że dobra krowa. Poszedł, jak pomacał krowę, tak i poszedł. Baba goniła krowę na południe doić, siadła doić, a krowa się krwią doi. I to jest święta prawda, to pamiętam jak dziś. I przyszła po południu do nas i mówi tatowi tak: Romanku, nie wiecie co. - Co?  - Wiecie co, że kupiłam krowę, ona, baba mi tak zachwalała, że tako dobro i chłop, a ona się krwią doi. A tata tak pomyślał, pomyślał i gada tak: - Wiecie co, Łobadzina, a nie szedł czasem Bartusik, koło tego? - No szedł. - No i co? - No wymocoł, że dobro krowa, bo to (…) te grąźle sprawdza. No, że krowa mleczna, dobra, no i tego. I tata mówi tak: - Idźcie teraz do niego, niech przyjdzie. I poszła i mówi mu. A on gada tak, że no to ja jej, broń Boże, nic nie robił. - Aleście ją wymacali. I przyszedł, wygłaskoł, wygłaskoł, wziął wody, obmył i krowa na wieczór się wydoiła dobrze.”

(Bojanów, Teresa Figura, Władysława Torba, wywiad prowadził Janusz Radwański)

Skuteczność pijawek

W tradycyjnej medycynie domowej Jeżowego szczególne miejsce zajmowały pijawki lekarskie. Pijawki nie zawsze były łapane lokalnie; relacje wspominają o wędrownych handlarzach, którzy roznosili je po wsiach i sprzedawali. W domach przechowywano je w szklanych butelkach, regularnie wymieniając wodę. Stawiano je w przypadku stłuczeń („ubicia”) i opuchlizn, aby „wyciągnęły niedobrą krew”. Efekt terapeutyczny oceniano jako bardzo szybki – siniaki po pijawkach schodziły znacznie sprawniej niż przy innych metodach.  Po zabiegu pijawki „czyszczono”, kładąc je na popiół, co zmuszało je do oddania pobranej krwi, po czym – oczyszczone – mogły być ponownie umieszczone w butelce.

(Jeżowe, Tadeusz Bieniek, wywiad prowadziła Urszula Rzeszut-Baran)

Nauka pływania

„Wydaje mi się, że ci starsi to nie bardzo umieli pływać, bo tato mój na pewno nie umiał, bo nie widziałem nigdy, żeby pływał. Tato, jak tam wchodził do wody, żeby się dalej wymoczyć, no to w taką wodę, żeby tam po kolana czy po pas. A ja się i koledzy w moim wieku, to co byliśmy, wtedyśmy się bawili, tośmy się nauczyli sami pływać. Ale to na takich miejscach, co można było powiedzieć, że trudno byłoby się tam utopić, chociaż woda była, no taki dołek był, kilka, no dwa, trzy metry głębokości. Tylko, że on był krótki. Woda płynęła szybko, więc, jakby nie panikował, to go i tak na płytką wodę wyniosło. I tam żeśmy się nauczyli pływać, że po prostu odważyliśmy się rzucić w tę głęboką wodę, bo dopóki żeśmy chodzili, że dno było pod nogami, no to się nie nauczy człowiek pływać, bo się cały czas dostajesz rękami, czy nogami. Ale jak w takie wody się dostało, co nie było, no to trzeba było coś robić, takie ruchy, żeby się utrzymać na wodzie. A jak się już pierwszy raz człowiek utrzymał na wodzie, to już później każdym stylem, można powiedzieć pływał, bo już zgodnie z zasadą, że jak się utrzymać na wodzie.”

(Stalowa Wola, Kazimierz Karnat, wywiad prowadziła Elżbieta Skromak)

Niebezpieczne stawy

„Dawniej przeważnie każdy gospodarz miał staw. Nieraz było daleko od domu, jak były takie bagniste [tereny], no to tam się kopało staw. Każdy gospodarz miał staw, żeby moczyć konopie albo len. Te stawy jeszcze to ja pamiętom doskonale. Wpadłam... Były zarośnięte, to już byłam nie taka malutka. Pasłam krowy i tako dziurka była tej wody, a resztę były takie bagna. I coraz to dalej żeby bliżej być tego oczka, bo dziecko ciekawe i wpadłam tak, co buty mi tam zostały. [śmiech] W te bagno... No nie wpadłam na szczęście do tej wody bo nie wiadomo jak tam było głęboko.
(...)
Tam tkali. To jeszcze pamiętam, jak mama brała słoninę, bo szybciej się doczekał tego [tkacz szybciej wykonał zlecenie]. Tam jeszcze była większa bieda po prostu. Była jeszcze większa bieda i było bardzo dużo tych tkaczy. Nawet była taka piosenka:
Nie ma to jak to tkaczom
on se siedzi, jajka skaczą.”

(Straszydle, Maria Solecka, wywiad prowadziła Helena Urbańczyk)
Fot. Helena Urbańczyk

Kotlety z czapli i inne przysmaki

Raki – jedzono szyjki, szczypce i mięso z odwłoka. Raki gotowano żywcem w wodzie lub pieczono je w żarze na ognisku.
Smażone ryby - Jak się nałowiło karpi, to był taki patyk z tym... zadziorem. Zadziorem i wieszało się przez strzela na tym. I przynosiło się do domu. I trzeba było później siąść nad tym, wypatroszyć to wszystko. Pokroić w dzwonki. I oddawało się wtedy dzwonki mamie. Mama tam soliła, przyprawiała. Informatorzy wspominają, że gdy byli mniejsi, to czasami włóczyli za sobą patyk do przenoszenia karpi, tyle ich było.
Kotlety mielone z ryb - To karasie jak były, płocie. Dwa razy czy trzy razy przepuszczała mama przez młynek.  No i z karpia też. Z karpia też.  Chodziło o ości, żeby były zmielone. Do tego dodawano jajko i bułkę tartą i smażono.
Wędzenie – wędzone ryby całe, z głowami, dobę moczono w solance, następnie wędzono w przydomowej wędzarni na liściastym, okorowanym drewnie - Inaczej się wędziło niż mięso, bo to one wolniejszym ogniem dłużej były, żeby po pierwsze nie spadły z tych haków. Wędzenie ryb trwało około 4-5 godzin.
Marynowanie – ryby smażono na patelni, następnie zalewano w słoikach zalewą z octem w proporcjach 1:3, z cebulą, później zagotowywano słoiki (weki). Marynowanie stosowała jeszcze mama informatorów. Ryby marynowano wtedy, gdy było ich więcej, niż dało się zjeść na bieżąco.
Kotlety z czapli – mięso czapli i kormoranów uważa się za niejadalne, bo śmierdzi tranem. Matka informatora robiła z piersi czapli kotlety. Mięso musiało się długo moczyć w zsiadłym mleku, które wyciągało z niego rybi posmak, następnie rozbijało się kotlety i smażyło. Informatorzy wspominają, że w okresie okupacji niemieckiej mięso czapli było konserwowane w słoikach i wysyłane do Niemiec jako przysmak.

(Grębów, Tadeusz Bałata, wywiad prowadził Janusz Radwański)
Fot. Wojciech Dulski

Fragmenty wywiadów do pobrania

Opracowania wywiadów – zima 2026
PDF 3 MB POBIERZ
Newsletter

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać od nas informacje o bieżących wydarzeniach, zapisz się do naszego newslettera!
Elementy oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe!