Efekty sezonu letniego projektu badawczego
Ogłoszenie
„Woda w życiu i kulturze mieszkańców Rzeszowszczyzny” to projekt badawczy realizowany przez Muzeum Kultury Ludowej i dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury oraz Województwa Podkarpackiego.
Niewierna pani
W Gorzycach przed dawnymi wiekami był dwór. Pan poszedł na wojnę, jak po latach wrócił, jego żona brała ślub w kościele z innym. „I on jak to przeklął, to się zapadło. Moja mama opowiadała, bo one tam miały blisko pole, że jeszcze ona pamięta, że z tej wody, jak coś miało być, wojna albo coś, wystawał krzyż.” Koleżanka informatorki opowiadała, że „tam jak się jej babce krowa zgziła, wpadła, tak już nie wyciągnął. Tam były okropne bagna.”
Po latach do Gorzyc sprowadzono Rusinów i wybudowano cerkiew i cmentarz. Cerkiew została spalona przez partyzantkę w 1945 r.
(Maria Kubecka, Henryk Chruściel, Tryńcza, wywiad prowadziła Magdalena Fołta)
Po latach do Gorzyc sprowadzono Rusinów i wybudowano cerkiew i cmentarz. Cerkiew została spalona przez partyzantkę w 1945 r.
(Maria Kubecka, Henryk Chruściel, Tryńcza, wywiad prowadziła Magdalena Fołta)
Graniczna rzeka
„Jak się kończy wioska jest most i tam jest właśnie rzeka Złota. Oddziela województwo lubelskie od podkarpackiego.” Na tej rzece dawniej była granica zaborów. Na mieszkańców drugiej strony granicy mówi się Kacapy. „One są takie inne, po prostu inne jak my. Oni mówią inaczej. Prostaki po prostu.” Na mieszkańców dawnego zaboru austriackiego i obecnego woj. podkarpackiego mówi się Galony. „One mówią Galony. Współcześnie mniej się używa tych określeń: dużo się pomieszało, pożeniły się nasze i tam, już się zatarło to już. Dawniej było dużo bitek na tym tle: jeszcze moje syny jak jechały tam na zabawę, zawsze była bitka.”
W czasie II wojny światowej była tam granica stref okupacyjnych – Majdan Sieniawski był w niemieckiej strefie, a Tarnogród w sowieckiej. Teściowa informatorki „pod wielkim strachem przemycała się do Tarnogrodu.”
Przed wojną w Majdanie Sieniawskim mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi.
(Majdan Sieniawski, Wanda Działo, wywiad prowadziła Magdalena Fołta)
W czasie II wojny światowej była tam granica stref okupacyjnych – Majdan Sieniawski był w niemieckiej strefie, a Tarnogród w sowieckiej. Teściowa informatorki „pod wielkim strachem przemycała się do Tarnogrodu.”
Przed wojną w Majdanie Sieniawskim mieszkali Polacy, Ukraińcy i Żydzi.
(Majdan Sieniawski, Wanda Działo, wywiad prowadziła Magdalena Fołta)
Belfegor na Loarze
„Fascynacja tymi kłodami i tym, że z tego można zrobić. Pojechałem na taki Festiwal Wisły. I tam jak zobaczyli tę dłubankę, to od razu jakąś tam nagrodę za najciekawszy projekt. No i od razu kwalifikacja na festiwal do Orleanu, na Festiwal Loary. Piękna, potężna impreza ogólnoeuropejska właśnie na Loarze. Byłem dwukrotnie, tam reprezentowałem polskich szkutników z dwoma łodziami. Pierwsza łódka nazywała się Belfegor. A to z tego powodu, że trzeba było określić szkutnika, materiał, nazwę łodzi, armatora i tak dalej. Nazwałem tę łódź Belfegor, no i to się kojarzyło Francuzom.”
(Górki, Kazimierz Bąk, wywiad prowadził Janusz Radwański)
(Górki, Kazimierz Bąk, wywiad prowadził Janusz Radwański)
Jak wydobywano czarny dąb
„Były takie jednostki do wyciągania dębów z Wisły, specjalistyczne jednostki, to jeszcze funkcjonowało w 80-tych latach, to były tak zwane dębiarki. Mieliśmy dwie takie dębiarki w przedsiębiorstwie budownictwa, to były bez napędu, pchacz je przyprowadzał, miały agregat prądotwórczy, tam była załoga. To była dość duża metalowa jednostka, taka barka ogromna. I stawiało się to na kotwicy koło tego odcinka, na którym te dęby wystawały i pływało się tymi łodziami, liny się wywoziło takie trzynastki i takie były duże żelazne haki, podkładało się pod dęba, zrobiło się oko, szeklą się zapinało i linę się podawało na żurawiki takie ogromne, i na wciągarkę. Wciągarka napinała to i dęba się wydobywało. Agregat się zapalało i wciągarki się elektryczne uruchamiało i się napinało. Na dziobie to było, że tę barkę praktycznie z linią wody się zanurzało. Czyli cała wyporność tej jednostki była wciśnięta pod wodę i zapięty był dąb na tym oku, na linie i koniec, i szło się spać. Wtedy tylko te koje się przekładało, żeby na dół głową nie spać, bo barka była nachylona. Tu cisnęło, a woda myła, a tu cała wyporność była zanurzona i z góry wyciskało, i nagle fuu, poleciało do góry! To się coraz dalej brało liny, a jak nieraz był krótki, to wypłynął i pływał taki dąb, normalnie na 50 metrów taki dąb pływał uwiązany, i wtedy piły, i taka była barka, i tego dęba się cięło czarnego, i to chyba gdzieś sprzedawali.”
(Otałęż, Andrzej Pezda, wywiad prowadził Janusz Radwański)
(Otałęż, Andrzej Pezda, wywiad prowadził Janusz Radwański)
Św. Jan Nepomucen chroni od powodzi
ES: A ten Jan Nepomucen to tylko w Chwałowicach, czy gdzieś tu jeszcze bliżej?
TL: Wiele jest takich kapliczek i wiele jest takich miejsc. Jest na przykład taki wielki kamień, tam gdybyśmy stąd ze 3 km pojechały, to jest wielki kamień, który jest, no ufundowany, że tak powiem, tablica ufundowana, a kamień pewnie też, w związku z tą powodzią, jakby w podzięce, że się nic nie stało, że się nic nie wydarzyło. Z powodzią z 2010 roku. Bo to, ta powódź była ogromna, można powiedzieć, ogromne zniszczenia i spustoszenia. Nie dotyczyło u nas budynków, ani bezpośrednio gospodarstw, ale podtopień było mnóstwo, mnóstwo zniszczeń na polach. No takie pola uprawne, które mijaliśmy, one były zupełnie pod wodą lub tak grząskie, bo my przychodziłyśmy nasypywać piasek do worków na wały, więc tam po prostu buty gumowe zostawały w tej ziemi. Było tak strasznie grząsko, a ta ziemia jest dość gęsta, bo wysokiej klasy, więc naprawdę trudno.
ES: Tutaj szczególnie ludzie właśnie tej powodzi się obawiają, prawda?
TL:Tak, tak.
ES: Czy tutaj są jakieś specjalne msze w kościele?
TL: Tu, tu jest to jest chyba jedyne takie, można powiedzieć jedyne, główne miejsce, to jest tu.
ES: A jak ksiądz zapowiada to miejsce, że na świętego Jana jest msza święta, to miejsce się jakoś nazywa specjalnie?
TL: Nad Wisłą. U ujścia Sanu i Wisły, bo tak mówi, że do ujścia Wisły, więc każdy wie gdzie to jest. Zresztą teraz jest świetna droga, świetny dojazd. Teraz nie ma naprawdę problemu z przedostaniem się tutaj, bo jeszcze wcześniej kilka lat wstecz, to była zwykła ścieżka taka zarośnięta, że trudno było tutaj się dostać. Teraz jest, jak widać, naprawdę, można rzec, że fajne miejsce, taka naturalna natura, nic niezniszczone, niemodyfikowane, o tak, tylko żywa przyroda, nie jakoś tam ustawiana tylko elegancka droga wycięta.
(Teresa Lachowska, Dąbrówka Pniowska, wywiad prowadziła Elżbieta Skromak)
TL: Wiele jest takich kapliczek i wiele jest takich miejsc. Jest na przykład taki wielki kamień, tam gdybyśmy stąd ze 3 km pojechały, to jest wielki kamień, który jest, no ufundowany, że tak powiem, tablica ufundowana, a kamień pewnie też, w związku z tą powodzią, jakby w podzięce, że się nic nie stało, że się nic nie wydarzyło. Z powodzią z 2010 roku. Bo to, ta powódź była ogromna, można powiedzieć, ogromne zniszczenia i spustoszenia. Nie dotyczyło u nas budynków, ani bezpośrednio gospodarstw, ale podtopień było mnóstwo, mnóstwo zniszczeń na polach. No takie pola uprawne, które mijaliśmy, one były zupełnie pod wodą lub tak grząskie, bo my przychodziłyśmy nasypywać piasek do worków na wały, więc tam po prostu buty gumowe zostawały w tej ziemi. Było tak strasznie grząsko, a ta ziemia jest dość gęsta, bo wysokiej klasy, więc naprawdę trudno.
ES: Tutaj szczególnie ludzie właśnie tej powodzi się obawiają, prawda?
TL:Tak, tak.
ES: Czy tutaj są jakieś specjalne msze w kościele?
TL: Tu, tu jest to jest chyba jedyne takie, można powiedzieć jedyne, główne miejsce, to jest tu.
ES: A jak ksiądz zapowiada to miejsce, że na świętego Jana jest msza święta, to miejsce się jakoś nazywa specjalnie?
TL: Nad Wisłą. U ujścia Sanu i Wisły, bo tak mówi, że do ujścia Wisły, więc każdy wie gdzie to jest. Zresztą teraz jest świetna droga, świetny dojazd. Teraz nie ma naprawdę problemu z przedostaniem się tutaj, bo jeszcze wcześniej kilka lat wstecz, to była zwykła ścieżka taka zarośnięta, że trudno było tutaj się dostać. Teraz jest, jak widać, naprawdę, można rzec, że fajne miejsce, taka naturalna natura, nic niezniszczone, niemodyfikowane, o tak, tylko żywa przyroda, nie jakoś tam ustawiana tylko elegancka droga wycięta.
(Teresa Lachowska, Dąbrówka Pniowska, wywiad prowadziła Elżbieta Skromak)
O wiciu wianków
ES: W tym roku były obchodzone wianki, taka impreza tutaj, w Dąbrówce Pniowskiej?
TL: Wianki były tutaj puszczane. Ta tradycja jest, wiadomo, że odległa. Tak szczerze, na terenie naszej gminy, mogę powiedzieć, że ja zapoczątkowałam. Zaczynało się tak niepozornie, bo robiliśmy w kolejnych miejscowościach naszej gminy, w różnych miejscach nad wodą, nad jeziorami i też puszczaliśmy wianki. W tym roku akurat nie mogłam uczestniczyć, więc wiem, że były wianki, też było poświęcenie łodzi strażackiej. To jakby pomoc dla naszej gminy, bo już jest łódź na terenie naszej Rzeczycy, bodajże Okrągłej, to jako ratunek od ewentualnych nieszczęść. Zaczynało się od warsztatów wicia wianków, zbierania ziół przez różne osoby, no bo wiadomo, że tu chodzi o osoby młode, ale jeśli nie nazbierało się młodych osób, więc to były osoby w różnym wieku. No i oczywiście starsze panie wspólnie ze mną rozpoczynały na wielkim stole robienie, jakby warsztaty, pokazy wicia takiego ogromnego wieńca, więc to było bardzo duże zainteresowanie, no bo każdy był ciekawy. A potem efektem całego tego naszego zajęcia był na przykład wielki wianek. I to się bardzo podobało. Stali ludzie trzymali, było moc kwiatów i jeśli swego czasu robiliśmy to w Chwałowicach, taki ogromny wianek, nie stworzyliśmy w formie koła, ale był długi, ogromny i zanieśliśmy pod kapliczkę świętego Nepomucena i tam ładnie wystroiliśmy właśnie, wtedy w momencie robienia tego święta wiankowego. No a wianki, to wiadomo kojarzą się z czym? Z miłością, z przyjaźnią i wianki wrzucały szczególnie młode dziewczyny i czekały, co się z nim stanie. Czy jest jakiś kawaler, który złowi ten wianek? Jeśli go złowi, to pierwsza wyjdzie za mąż. Nie daj Boże, jak się wianek utopi, to już źle wróżyło lub popłynie, no to też jakaś samotność czeka na taką dziewczynę, jeśli można to tak określić, ale tak to jest. No i dużo, dużo wspomnień wspólnych, ognisko, woda i ogień jednocześnie, więc też różne zawody, przeskakiwanie przez ognisko, popisywanie się jednocześnie. Wtedy panie widziały jacy są mężni panowie.
(Teresa Lachowska, Dąbrówka Pniowska, wywiad prowadziła Elżbieta Skromak)
TL: Wianki były tutaj puszczane. Ta tradycja jest, wiadomo, że odległa. Tak szczerze, na terenie naszej gminy, mogę powiedzieć, że ja zapoczątkowałam. Zaczynało się tak niepozornie, bo robiliśmy w kolejnych miejscowościach naszej gminy, w różnych miejscach nad wodą, nad jeziorami i też puszczaliśmy wianki. W tym roku akurat nie mogłam uczestniczyć, więc wiem, że były wianki, też było poświęcenie łodzi strażackiej. To jakby pomoc dla naszej gminy, bo już jest łódź na terenie naszej Rzeczycy, bodajże Okrągłej, to jako ratunek od ewentualnych nieszczęść. Zaczynało się od warsztatów wicia wianków, zbierania ziół przez różne osoby, no bo wiadomo, że tu chodzi o osoby młode, ale jeśli nie nazbierało się młodych osób, więc to były osoby w różnym wieku. No i oczywiście starsze panie wspólnie ze mną rozpoczynały na wielkim stole robienie, jakby warsztaty, pokazy wicia takiego ogromnego wieńca, więc to było bardzo duże zainteresowanie, no bo każdy był ciekawy. A potem efektem całego tego naszego zajęcia był na przykład wielki wianek. I to się bardzo podobało. Stali ludzie trzymali, było moc kwiatów i jeśli swego czasu robiliśmy to w Chwałowicach, taki ogromny wianek, nie stworzyliśmy w formie koła, ale był długi, ogromny i zanieśliśmy pod kapliczkę świętego Nepomucena i tam ładnie wystroiliśmy właśnie, wtedy w momencie robienia tego święta wiankowego. No a wianki, to wiadomo kojarzą się z czym? Z miłością, z przyjaźnią i wianki wrzucały szczególnie młode dziewczyny i czekały, co się z nim stanie. Czy jest jakiś kawaler, który złowi ten wianek? Jeśli go złowi, to pierwsza wyjdzie za mąż. Nie daj Boże, jak się wianek utopi, to już źle wróżyło lub popłynie, no to też jakaś samotność czeka na taką dziewczynę, jeśli można to tak określić, ale tak to jest. No i dużo, dużo wspomnień wspólnych, ognisko, woda i ogień jednocześnie, więc też różne zawody, przeskakiwanie przez ognisko, popisywanie się jednocześnie. Wtedy panie widziały jacy są mężni panowie.
(Teresa Lachowska, Dąbrówka Pniowska, wywiad prowadziła Elżbieta Skromak)
Korzyści z rzeki
ZB: Rzeczka Tarlaka, no tutaj, na Brzózie. Tam, nie wiem, czy nie Lubinianka właśnie. Nie pamiętam, jak tam się nazywała, ale tam to się dużo korzystało z niej, było dużo zwierząt, dużo gęsi, kaczki, to wszystko szło do rzeki popływać.
JŚ: Tam zawsze był tak, tak się schodziło do dołu?
SB: Tak, tam się schodziło. Potem tę drogę troszkę może podwyższyły jeszcze, ale tak było. Tylko że była ta rzeka inna, bo potem ją przekopały, melioracja była i przekopały tę rzekę, a wcześniej jeszcze była taka bardziej porozlewana, po drugiej stronie takie właśnie były bagna. Rosły drzewa, bagna były. Trzeba było uważać, żeby tam nie wchodzić, bo można było się... Może nie tak głęboko, ale jakby wpadł tam… One były po drugiej stronie drogi i rzeki. Bo była droga, potem rzeka i po drugiej stronie. A potem była melioracja i jak przekopali, to już te bagna się skończyły. Potrzebna była ta rzeka, no bo tam nawet jak przyszło się w lecie, to trzeba było krowy, konie wykąpać, wymyć. To do rzeki się wganiało i myło się. Także poiło, to do rzeki. A też do prania, to do rzeki. I często tam wylewała ta rzeka właśnie, bo San jak wylewał, to zalewało. W osiemdziesiątym roku to tak jakby powódź już była, bo zalewało już we wiosce, no u nas też było niebezpiecznie, no bo woda była wyżej drogi, już na drodze była tama zrobiona z worków z piasku i już była woda wyżej drogi, a my po drugiej stronie, no to niżej był już dom.
(Brzóza Królewska, zbiorowy, wywiad prowadził Adam Dragan)
JŚ: Tam zawsze był tak, tak się schodziło do dołu?
SB: Tak, tam się schodziło. Potem tę drogę troszkę może podwyższyły jeszcze, ale tak było. Tylko że była ta rzeka inna, bo potem ją przekopały, melioracja była i przekopały tę rzekę, a wcześniej jeszcze była taka bardziej porozlewana, po drugiej stronie takie właśnie były bagna. Rosły drzewa, bagna były. Trzeba było uważać, żeby tam nie wchodzić, bo można było się... Może nie tak głęboko, ale jakby wpadł tam… One były po drugiej stronie drogi i rzeki. Bo była droga, potem rzeka i po drugiej stronie. A potem była melioracja i jak przekopali, to już te bagna się skończyły. Potrzebna była ta rzeka, no bo tam nawet jak przyszło się w lecie, to trzeba było krowy, konie wykąpać, wymyć. To do rzeki się wganiało i myło się. Także poiło, to do rzeki. A też do prania, to do rzeki. I często tam wylewała ta rzeka właśnie, bo San jak wylewał, to zalewało. W osiemdziesiątym roku to tak jakby powódź już była, bo zalewało już we wiosce, no u nas też było niebezpiecznie, no bo woda była wyżej drogi, już na drodze była tama zrobiona z worków z piasku i już była woda wyżej drogi, a my po drugiej stronie, no to niżej był już dom.
(Brzóza Królewska, zbiorowy, wywiad prowadził Adam Dragan)
O niebezpiecznym Sanie
SB: Kąpać się w rzece do Świętego Jana nie wolno było. Ale później, w Piskorowicach, jeszcze jak bylimy dziećmi, to cały czas, codziennie było kąpanie w rzece. W tej małej, do Sanu my nie szły, bo San był niebezpieczny. W tej małej rzece to codziennie w południe, jak tam rano się coś popracowało, to potem jak się przyszło, to w rzece się wykąpało, a po południu od nowa do pracy i do rzeki. Wieczór się w rzece jeszcze umył i do spania.
AD: Umyć się w tej rzece, czy tak pluskało się, tak żeby sobie poszaleć?
SB: Bardziej poszaleć, bo tam nie była głęboka woda. Taka była, no, do pasa niektóre miejsca, niektóre płytsze.
AD: A w Sanie? Nie chodziło się do Sanu?
SB: Nie, nie, do Sanu to my nie chodziłyśmy. To już za duża rzeka trochę. Jeszcze moi rodzice to tam blisko Sanu mieszkali, bo oni są z Ubieszyna, to oni chodzili do Sanu się kąpać. Nawet jak chodzili do pracy, tam buraki siekać po drugiej stronie Sanu, to przechodziły przez ten San. Nieraz była woda różnie, mama opowiadała, to dość głęboka była, że ledwo przechodzili przez ten San, ale musieli iść, żeby zarobić parę złotych, to trzeba było przez ten San przechodzić. To było niebezpieczne też.
(Brzóza Królewska, zbiorowy, wywiad prowadził Adam Dragan)
AD: Umyć się w tej rzece, czy tak pluskało się, tak żeby sobie poszaleć?
SB: Bardziej poszaleć, bo tam nie była głęboka woda. Taka była, no, do pasa niektóre miejsca, niektóre płytsze.
AD: A w Sanie? Nie chodziło się do Sanu?
SB: Nie, nie, do Sanu to my nie chodziłyśmy. To już za duża rzeka trochę. Jeszcze moi rodzice to tam blisko Sanu mieszkali, bo oni są z Ubieszyna, to oni chodzili do Sanu się kąpać. Nawet jak chodzili do pracy, tam buraki siekać po drugiej stronie Sanu, to przechodziły przez ten San. Nieraz była woda różnie, mama opowiadała, to dość głęboka była, że ledwo przechodzili przez ten San, ale musieli iść, żeby zarobić parę złotych, to trzeba było przez ten San przechodzić. To było niebezpieczne też.
(Brzóza Królewska, zbiorowy, wywiad prowadził Adam Dragan)