PL EN
Ustawienia prywatności
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Aby uzyskać więcej informacji i spersonalizować swoje preferencje, kliknij „Ustawienia”. W każdej chwili możesz zmienić swoje preferencje, a także cofnąć zgodę na używanie plików cookie na poniższej stronie.
*Z wyjątkiem niezbędnych

Lepsze oficery czy chodoki?

Żeby sprawdzić dlaczego, warto zerknąć na niepozorne eksponaty muzealne, jakimi są oficery albo cholywioki – skórzane buty z cholewami. Na pierwszy rzut oka nie różnią się zbytnio od współczesnych kozaków, ale różnica polega na technice wykonania, a z perspektywy użytkownika – tkwi w podeszwie. Współczesne są zwykle wykonane z tworzyw zapewniających przyczepność i wyposażone w bieżnik. Dawne były zrobione z kilku warstw skóry przybitych do przyszwy drewnianymi kołeczkami. Taka podeszwa izolowała od podłoża lepiej niż chodoki (zob. na zdjęciu) – lasowiackie buty zrobione z jednego kawałka skóry i na pewno zapewniała stopie lepszą ochronę niż przy chodzeniu boso. Miała jednak dwie wady. Po pierwsze – skórzane podeszwy ścierały się i z czasem robiły się w nich dziury. Po drugie i, w kontekście lutego ważniejsze, skórzane podeszwy były gładkie. W butach na skórzanych podeszwach łatwo się poślizgnąć nawet latem np. na trawie, a na lodzie czy ubitym śniegu oficery nie zapewniają o wiele lepszej przyczepności niż łyżwy. Rozwiązaniem problemu były metalowe podkówki przybijane do obcasów przez szewców, czasami uzupełniane o metalową żabkę przybijaną na nosku. Tak podkute buty mogły pomagać właścicielowi radzić sobie lepiej na śliskiej nawierzchni. Dodatkowo podkówki chroniły samą podeszwę przed ścieraniem się.

Pomysły mrożące krew w żyłach...

Oczywiście musimy pamiętać, że skórzane buty były na tyle drogie, że nie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Alternatywą mogły oczywiście być chodoki wspomniane wyżej, ale były też inne rozwiązania. O jednym z najciekawszych wspominał Franciszek Kotula. Zgodnie z jego badaniami w Puszczy Sandomierskiej sposobem na mroźną pogodę było owinięcie stopy w grubą warstwę szmat i… oblanie wodą. Ta, zamarzając, tworzyła lodową skorupę na wierzchu. Tak przygotowane prowizoryczne obuwie chroniło stopy użytkownika.

Komu zimno robi się na samą myśl o takim rozwiązaniu, niech zamiast tego spojrzy na podeszwy butów, czy nie trzeba ich przed lutym podkuć.

Janusz Radwański

Bibliografia:

F. Kotula, Z Sandomierskiej Puszczy, Kraków 1962 r.
A. Brückner, Słownik etymologiczny języka polskiego, Kraków 1927 r.
Newsletter

Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać od nas informacje o bieżących wydarzeniach, zapisz się do naszego newslettera!
Elementy oznaczone gwiazdką (*) są obowiązkowe!